Uznajmy to za mój mały personalny sukces. Budząc się dzisiaj rano, za którymś razem… bo do wyboru mamy godziny 3…430…613… 740… uznałem, że mój sen zmotywował mnie na tyle, że pierwsze co zrobię to uzupełnię w końcu zaległości blogowe, bo inaczej dotrzemy do stadium gdy jedyne co będzie widoczne tutaj to stado pajęczyn przysłaniających Salwarowe bądź też moje wypociny. Ażebyś drogi czytelniku/bywalcu Papryki/jeżeli nałogowy to pewnie też uroczy wykolejeńcu ze skłonnościami do paru kieliszków za wiele nie czul urażony informuję uroczyście, że mój poziom motywacji ostatnimi czasy oscylował w takich okolicach, że nie tylko Ciebie trochę szanowna istoto zaniedbałem. Moja prokastrynacja przyprawiona nutą olewactwa została zasiana jednym zamaszystym ruchem po całej płaszczyźnie mojego życia. Tak samo mocno zaniedbałem znajomych (niektórym to zapewne przyniosło ulgę), obowiązki, a nawet mój neverending remont mieszkania.
Nocy wczorajszej miała miejsce sytuacja odrobinę osobliwa. Z wielu wątków, które były uprzejme nawiedzić mój sen zapamiętałem dwa. Dobra dzielnica, pięknie odnowione kamienice. Na parterze jednego z budynków w restauracji siedzę ja, meble są przesadnie brązowe. Nagle przez okno widzę walącą się fasadę kamienicy po drugiej stronie ulicy, której bruk świeci się przesadnie po deszczu. Będąc jedyną osobą, która zwraca uwagę na sytuację postanawiam sprawdzić cóż się wydarzyło. Trafiam w stado korytarzy, białych jak mąka, udekorowanych białymi meblami by po paru minutach wędrówki odszukać nagą Charlize Theron (polecam!) która ewidentnie przechodzi atak paniki (mimo wszystko wciąż polecam). Podchodzę i staram się ją uspokoić, wyjaśnić co się dzieje, chociaż de facto sam o tym nie mam pojęcia. Gdy nagle owe pozostałości kamienicy zaczynają mnie wyzywać od najgorszych i starają się wmówić pannie Theron (wciąż polecam…) że staram się na niej dokonać gwałtu. Moja dyskusja z budynkiem (say what…?) jest na tyle bezowocna, że nagle ze ściany wyrasta para białych kanciastych ramion i łapie nagie ciało kobiety wchłaniając ją w ścianę. Zjawisko jest na tyle naturalne dla mnie, że zwyczajnie opuszczam budynek… aby udać się na dworzec. Jak to zwykle bywa w PKP bajzel jest okrutny i nikt nic nie wie. Wsiadam do pociągu, który ma mnie dostarczyć do oddalonej o kilka stacji przystani rybackiej. Oczywiście pomyłka, oczywiście mój pociąg nie dość że jechał z innego peronu o innej godzinie to pewnie go jeszcze wcale nie było. I co ja mam zrobić siedząc w ekspresie pełnym chopperów i niemieckich „harlejowców” z brodami przyodzianych w skóry (jakieś niezbyt ukryte odniesienie do baru Błękitna Ostryga czy ki pies…?). Na szczęście jeden z nich użycza mi swoich kółek i przy zwolnieniu pociągu wyjeżdżam przez drzwi pociągu aby dotrzeć do celu mojej podróży. Port rybacki jak port rybacki, ot mostki, kutry, sieci, woda, rybacy… z wyjątkiem tego, że wszystkie łodzie pływają do góry kadłubem to standard absolutny więc nie ma co się nad tym rozwodzić…
Jaki to ma związek z blogiem zapyta umysł przenikliwy? Albo zwyczajnie czepialsko złośliwy? Coś motywować musi, mnie zmotywowało to, że obrazy które spotkały mnie podczas wątpliwej jakości snu były na tyle porypane, że uznałem je za czynnik wdupekopadający… metodą równie porypaną (owszem, niespecjalnie sam rozumiem o co mi chodzi w tym zdaniu, przynajmniej się do tego przyznaję).
Pierwszym grzechem, za który muszę odpokutować jest relacja z Tribute to John Frusciante. A nie jest łatwo pisać o jednym z ulubionych gitarzystów, ba.. bardziej lubianym solowo niż w RHCP… szczególnie w kontekście ostatnich kilku płyt… szczególnie gdy jest on tribjutowany (nowy przymiotnik na dziś) przez jeden z moich ulubionych składów paprykowych. Sprawy nie ułatwia fakt, że zdarzenie miało miejsce prawie miesiąc temu, że trzeźwość moja pozostawiała wiele do życzenia, że jakoś spożywania napojów wyskokowych nie zaniechałem aż tak jak innych rzeczy w ostatnim czasie… oraz przede wszystkim, że… no cholera no… nie podobało mi się. Niby wszystko grało dobrze, równo, ładnie i odrobinę koślawo jak to u dżona na płytach, ale potwierdziła się moja obawa, którą miałem gdy tego wieczora zmierzałem ku progom naszego szanownego klubu. Są rzeczy, które podrobić (słowo w tym przypadku bez pierwiastka pejoratywnego) cholernie ciężko. Nie dlatego, że muzyka zbyt skomplikowana, nie dlatego, że umiejętności grających niewystarczające (ostatnia rzecz jakiej bym się przyczepił)… ale pewien charakter, klimat. Niestety. Przykro mi. Goran chłopie, wiesz że Cię uwielbiam i wiąże z Tobą jedne z najlepszych wspomnień paprykowych (i nie chodzi wyłącznie o „purple rain” które zapamiętam do końca swoich dni), ale no cholera, to nie było to. Młoda niewiasto, która to starałaś się tego dnia bardzo mocno. Naprawdę doceniam Twój wysiłek sceniczny, ale powiedzmy sobie prawdę w oczy… zjadła Cię trema. Ale nie martw się, lepiej mieć umiejętności i walczyć o to, żeby je odważnie i dobrze pokazywać, niż pchać się byle do przodu prezentując wokal pasjonujący niczym stukanie dwoma klockami drewna o siebie. Jest jednak aspekt ratujący wieczór i jeżeli brać pod uwagę fakt, że jest to wykonanie mojego ulubionego utworu, ratujący go całkiem mocno. Nie wiem co się stało z reprezentacją sceniczną w czasie grania „going inside” ale dziękuję, było dokładnie tak jak być powinno, praktycznie czułem głos, energię, brzmienie Frusciantego w odległości paru metrów ode mnie.
Kolejnym grzechem, który popełniłem jest brak relacji z Tribute to Foo Fighters w Sfinksie. Jako że mój stan nie pozwalał mi dotrzeć na imprezę nie podejmę się opisywania jej na podstawie dość sprzecznych relacji. Trudno, najwyżej spalę się w piekle trochę bardziej niż już mam to załatwione.
Hop siup do dnia drugiego maja, długiego weekendu, który spowodował napływ publiki pod hasłem: ok jestem tu co tydzień od paru lat i nie kojarzę tych facjat. Na scenie Wierzba and friends, czyli spodziewać się można grania dobrego. Motto wieczoru: groove jam… czyli tak naprawdę niewiadomo czego się spodziewać. Cała ta mieszanka, twarzy nieznanych, muzyki mocno improwizowanej spowodowała, że na kilka godzin udało mi się odbyć małą podróż w czasie do etapu, kiedy to nie znałem w zasadzie nikogo z muzyków grających w klubie, każda osoba na parkiecie była po prostu anonimową twarzą a barmani byli „tymi panami i paniami za barem”. I tak jak wciąż nie wiem co ze mną jest źle że stanowczo wolę Raka i Tomasinę na płycie niż na żywo podczas improvu, tak jak przejadły mi się improwizowane funky i okolice tychże brzmień, tak naprawdę dobrze czułem się w klubie tego wieczoru. Wielki szacunek dla Wierzby za gitarę w pierwszym kawałku, który nie wiedzieć czemu przypominał mi theme music z Top Gun. Równie duży szacunek dla ochrony, która bardzo sprawnie załagodziła sytuację konfliktową, która miała miejsce tego wieczoru. Dużo mniejszy dla jednego z panów, który ewidentnie nie poczuwał się do winy za to czego sam był współwinien i zwyczajnie sprawiał wrażenie, że chce pokazać jaki to jest ważny i jak bardzo ma rację… srsly dude, not cool. Ale podsumowując… było dobrze, na tyle dobrze, że Żywa Środa skończyła się o godzinie 20ej w „martwy czwartek” kiedy to zakończył się after okraszony utrzymaniem Lechistów w ekstraklasie, grillem i sporą ilością wyrobów na bazie chmielu. Może i mój długi weekend trwał tylko dobę, ale jakaż ta doba była zacna. Amen.
Zeszłotygodniowy Tribute to The Ramones to jam, z gatunku młodzi muzycy zapraszają swoich zbyt młodych znajomych, strzelają sobie w stopy grając na dzień dobry największe hity, myśląc równocześnie, że granie zbyt głośno jest bardzo fajne co powoduje, że optymalnym miejscem do ich słuchania jest niższe piętro klubu. Zestawiłbym to wszystko najchętniej z Tribute to The Clash, gdzie również przytrafiło się kilka potknięć muzycznych, ale przede wszystkim całość miała potężne jaja i pazury (stwór złożony z jąder i lwich paznokci to istota na scenie bardzo pożądana). Tutaj jednak wszystko choć zagrane całkiem dobrze miało w sobie silne zabarwienie kolorem: sobie gramy sobie słuchajcie. Nie kupuję tego, sory. Ale szanowni muzycy, jesteście młodzi, fajnie że gracie, szczególnie że widać jaką frajdę Wam to sprawia, fajnie że dzielicie się tym z publicznością. Będzie dobrze, jeszcze nie teraz… ale trzeba kilka razy trzepnąć paszcza o podłogę zanim się człowiek nauczy chodzić.
I to by było na tyle z odrabiania zaległości. Może nie było zabawnie, może nie było specjalnie przenikliwie, ale ważne że ruszyło. Teraz będzie już regularnie i harder, better, faster, stronger.
PS. Ogłoszenie parafialne. Wybierając się w najbliższą środę na Tribute to Korn zabierzcie z sobą jakieś zabawki, słodycze, cokolwiek. Na pewno gdzieś to się wala przecież na strychach, w piwnicach czy gdziekolwiek. Zbieramy je dla dzieciaków z domu dziecka. Grupa targetowa przyszłych szczęsliwych prezentobiorców to 6-17 lat.
Tak! Tak! Tak I jeszcze raz TAK! Tego nam trzeba, takich jamów, takiej energii scenicznej, takich fałszów, takich szotów na barze, takiego kaca, który po dwóch dniach zdaje się jeszcze być trochę obecny.
Środa od lat już oznacza w moim słowniku początek weekendu. Bywają starty lepsze, bywają i gorsze. Bywają i te, które wymykają się takiej klasyfikacji. Powiedzmy sobie szczerze, Tribute to The Clash nie był zagrany najrówniej, nie był też zaśpiewany najlepiej. A teraz, z jeszcze większą dawką szczerości: mam to absolutnie głęboko w czeluściach mojej dupy.
Kuba z Przemasem stali się tego wieczoru kręgosłupem pięknego muzycznego przeżycia i po raz kolejny nakarmili mnie tym, co w muzycznej karcie dań lubię najbardziej. Energią sceniczną: czystą i może jak rasowa wóda czasami wykrzywiającą mordę, ale przynajmniej nie udającą, że ma cel jakiś inny niż solidny kawał dobrej zabawy, której to żniwa zostaną zebrane dopiero gdy uczestnicy ceremonii obudzą się rano. Wokal zafałszował? Pieprzyć to. Perkusja zgubiła kilka uderzeń? No i co z tego. Basista został rozjechany przez nadjeżdżający autobus? Wyliże się, ważne że gra dalej, nawet jeżeli co jakiś czas ciut koślawo.
Były hity, były hity których zabrakło. Było spotkanie z dobrym znajomym po latach, okraszone za dużą ilością wódki. Było absolutnie fenomenalne wykonanie „I fought the law”.
I to tyle…
Wpis szybki i trochę chaotyczny, zupełnie jak ostatni środowy wieczór w Papryce. Z tą różnicą, że z szybkiego i chaotycznego grania płynęła potężna dawka zajebistości. Jest piątkowe popołudnie, idę odespać środową noc, gdyż wieczorem trzeba stawić się na paprykowym posterunku w pracy, na trzeźwo i poważnie.
Ach pamiętam ten czas, kończyłem wtedy liceum… bądź też zaczynałem studia, ewentualnie rzucałem pierwsze studia albo właśnie po przerwie i mieszkaniu w UK chciałem zaczynać kolejne. No dobrze, może słabo pamiętam. Dużo się piło, mało się spało. Ale gdzieś w tym ferworze walki o odszukanie własnego ja, przesadnie długiego buntu przeciwko społeczeństwu, końcem fascynacji muzyczną pankerką i początkiem obsesji na punkcie kapel postowych, znalazłem się w jednym z większych 3miejskich klubów na koncercie absolutnie nie wiem czyim. I szans na przypomnienie już raczej nie ma, ale co zapadło mi w głowę to zespół, który gwiazdę owego wieczoru supportował, a było to Milczenie Owiec.
Jeżeli jakieś wydarzenie zapada w pamięć to przyczyny mogą być dwubiegunowe. Powiedzmy sobie wprost, pamiętam tamto wydarzenie, sprzed lat wielu, w 99% dlatego, że niezbyt gadatliwe stworzenia parzystokopytne absolutnie mi się nie podobały. Pozostały 1% odczuć negatywnych zrzucam na to, że istnieją iż tego dnia była brzydka pogoda, bolała mnie noga, miałem katar bądź też niestrawność spowodowaną kebabem mordercą.
No i tak oto docieramy do 4go kwietnia, roku 2012. Nie wiem jak bardzo zmienił się zespół przez ten czas, z tamtego koncertu pamiętam wyłącznie trochę okaleczone „Frozen” Madonny i to też nie do końca jest tak, że ten cover pamiętać chcę. Natomiast ja przez te lata ewolucję muzyczną przeszedłem sporą. I to chyba działa na plus kapeli, bo po tylu latach, gdzie ja usłyszałem naprawdę sporą ilość nowych zespołów, poznałem brzmienia, o których mi się wcześniej nie śniło i dotarłem do stadium gdzie zostało mi zaledwie kilka osób, z którymi mogę jeszcze w ogolę gadać o muzie (pozdrawiam Bora!), zespół zrobił na mnie dokładnie identyczne wrażenie jak lata temu… a spodziewałem się przepaści, której współczesna znana gatunkowi ludzkiemu technologia przebyć nie pozwala.
Czy uważam że Milczenie Owiec to zła kapela? Nie, absolutnie. Tak jak się spodziewałem większość gości tego wieczoru stanowił owego zespołu fanklub. Zapchali naszą skromną papryczkę skutecznie i solidnie, bawili się, cieszyli paszcze i to nastraja mnie bardzo pozytywnie. Ba, kapela też ściągnęła na swój występ część vipów pomorskiego łojenia na rockowo, co również cieszy. Granie standardów ma swoich fanów i w tej sprawie raczej od lat nic się nie zmienia. A trzeba zaznaczyć, że może poza wokalami naprawdę gdybym się czepiał to byłoby to robione na siłę. Wszystko zagrane równo, rytmicznie, gdzie trzeba tam ostrzej, gdzie trzeba spokojniej. Ładnie brzmiące. A to, że taki typ dźwiękowego uderzenia w uszy absolutnie mnie nie rusza, cóż, to już inna kwestia.
Bez bicia przyznaję się, wytrzymałem cały jeden utwór. Reszta była bitwą o „wejdę na chwilę na górę, posłucham co teraz grają”. Resztę wieczoru, a przynajmniej jego części koncertowej spędziłem ze znajomymi na dole klubu, gdzie oddawałem się rzeczom, które w dużym stopniu wpłynęły na to, że ten wpis piszę głównie na bazie notatek, a nie wspomnień. I taka to jest zaleta naszej Papryki, jeżeli cię szanowny gościu nie rusza granie, nasi barmani zadbają doskonale o to, żebyś i tak dobrze spędził wieczór i następnego dnia niezbyt pamiętał co tak naprawdę na scenie było, teoretycznie, ble.
Poniedziałek, godzina 18sta, ładujemy z wybitnym gitarzystą i handlowcem Grzegorzem manele do jego równie wybitnej i wysłużonej 30 letniej audicy. Myślałem, że to obciach zabierać na trzydniowy wyjazd przeciętnych rozmiarów torbę (ciuchy, sprzęt, laptop, śpiwór… toć nie będę nosić pierdyliarda worków oddzielnie), ale całe szczęście Grzesiu i jego niewiasta Aleksandra (projektantka zaiste fantastyczna) zajmują praktycznie cały bagażnik jedną gigantyczną walizą, w której mogliby ulokować grupkę nielegalnych uchodźców z Armenii. Podróż dłuży się niemiłosiernie i bardzo szybko orientujemy się, że z planowanego wpadnięcia na grilla o 22 u ekipy poznańskiej raczej nici. Czas umilamy sobie zastanawiając się czy Inowrocław to rzeczywiście najbrzydsze miasto w kraju oraz postojami bo: trzeba by zapalić. Na miejscu lądujemy dobrze po 23, ale całe szczęście (i szok) czeka na nas wciąż ciepły grill i kuchnia zastawiona żarciem marki: oszkurwajakiedobre. piwko, fajeczka, ząbki, myjumyju i lulu.
Wtorek - dzień właściwy. Koncerty od 18ej a przecież po to właśnie przyjechaliśmy. Śniadanie dorastające do smaczności grilla z zeszłej nocy, leżenie w ogrodzie i udawanie, że jest ciepło, relokacja na miejsce drugiej kimy. Wyprawa do miasta. No i teraz się wypada przyznać, w życiu nie byłem w poznaniu do stopnia takiego, żeby przejść po starym mieście… a byłem wcześniej tylko raz. Przyjechałem jak było ciemno, przeniosłem całe mieszkanie kumpla z auta na drugie piętro budynku, upiłem się… i tyle widziałem Poznań. Obserwacje w pigułce: starówka poznańska jest ładna, kebaby są dużo lepsze niż w Gdańsku, na pięć sklepów trzy sprzedają buty, pozostałe dwa wyglądają jakby miały upaść jeżeli również zaraz nie zaczną sprzedawać obuwia, bułki poznańskie to w Poznaniu tylko bułki (note to self: przeprowadzić ten sam test we Wrocławiu), nocne tramwaje pospieszne poruszają się tak, że DeLorean z powrotu do przyszłości wysiada… a klub Eskulap ma dziwne wymiary i nie słyszał o wietrzeniu bądź co bądź sporej palarni.
I tak docieramy do głównej atrakcji wyjazdu. Na Progression Tour chciałem jechać od momentu, gdy kilka miesięcy temu zobaczyłem informację o składzie. Heaven Shall Burn i Unearth to dla mnie kapele absolutnie obowiązkowe. Faust Again to naprawdę świetna Polska grajaca nie po polsku kapela. Naera wzbudzała wielką ciekawość… a Suffokate, miało być, w moich wcześniejszych odczuciach zapchajdziurą na odpoczynek przy klubowym barze. Pierwsze zaskoczenie miało miejsce już przy wejściu, gdzie po przedstawieniu się i zostaniu skreślonym na liście akredytowanych ludzików wszedłem dalej w korytarz gdzie panowie z ochrony widząc mnie idącego ze sprzętem, bez biletu albo plakietki (nie mieli też szans zobaczyć ani usłyszeć mnie przy samych drzwiach) usłyszeli: ja z akredytacją… i tylko się uśmiechnęli. Z jednej strony zaufanie i wiara w mówienie prawdy, z drugiej… jakoś nie pachnie mi to najwyższym poziomem możliwego do zaoferowania bezpieczeństwa. Same koncerty na poziomie oczekiwanym od tak doświadczonych kapel. Profesjonalnie, z przepotężną energią i wściekłością. Dokładnie takiej muzyki na żywo mi było trzeba. Pozytywnym zaskoczeniem okazało się Suffokate, które chyba najłatwiej opisać jako: zawodowe dokonywanie rozpierdolu na scenie i zgniatanie wokalem niczym walcem drogowym. Jeżeli trzeba by było się do czegoś czepiać, to fakt, że w pewnym momencie nagłośnienie zostało podbite do stopnia walki o słyszenie własnych myśli. Nie żeby było złe, zwyczajnie nadawało się do parukrotnie większej sali. Tym sposobem droga powrotna w nocy przez pół miasta poza poza oczywistymi bananami na paszczach składała się głównie z odzyskiwania władzy nad zmysłem słuchu.
Dnia trzeciego, po uprzednim dokonaniu aktu spożycia wyrobu browarniczego na łonie natury wsiadłem do auta i ruszyliśmy w trasę powrotną. Po drodze stwierdzając, że jednak chyba Inowrocław nie jest tak brzydki jak Bydgoszcz. Dom, prysznic… i wio do Papryki na fenomenalny tribute to Queens of the Stone Age… ale o tym już było.
PS. Przypomniały mi się czasy, gdy w 3miescie były organizowane naprawdę świetne hardcorowe czy metalcoreowe koncerty, Lord Of The Mosh, Greath Northern, Youthfest… wspaniale by było ożywić tę tradycję i następnym razem na koncert HsB nie musieć jechać paruset kilometrów.
Jeżeli kogoś interesują zdjęcia z Progression Tour, to zapraszam do siebie na fanpage: http://www.facebook.com/media/set/?set=a.143322502462331.26920.109204605874121&type=1
Marzec był dla bywalców środowych imprez bardzo hojny. Sonic Youth, Faith no more… i wspaniała wisienka na torcie czyli QOTSA. O smak tego przezacnego deseru obawiałem się najbardziej spośród środowych hitów tego miesiąca. Soniców słyszałem wcześniej granych na Borkowych urodzinach, Faith no More już raz zostało zagrane w cyklu środowych imprez i bardzo dało radę… a „królowe” były dla mnie sporą niewiadomą. Jak zabrzmi? Czy w ogóle zabrzmi? Czy ludzie dzielnie stawią się w klubie? O godzinie 22giej tegoż żywo środowego wieczoru wszelkie moje wątpliwości zostały rozwiane i jestem bardzo bliski stwierdzenia, że patrząc całościowo był to jeden z najlepszych jamów jakie moje uszy słyszały.
Połączone siły Broken Betty i Psychollywod rozniosły scenę zarówno samym graniem jak i energią, która udzielała się Papryce. Nawet nie wiem od czego zacząć… czy od pisania o utworach, czy od fenomenalnego brzmienia instrumentów, czy od świetnego wokalu. Jak bym nie próbował napisać, tekst wyjdzie gloryfikujący i wręcz lizodupny. Co poradzić, mogli zagrać gorzej to bym miał gdzie się czepiać (kilka fałszywych brzmień w czasie wieczoru puszczam w niepamięć, bo wokalista musiałby zwymiotować na publikę żeby przyćmić zajebistość wykonań kawałków). Avon, Go with the flow, No one knows, First it giveth (dziekuję! mój ulubiony numer!) i wiele innych świetnych utworów nie pozostawiły żadnych wątpliwości żeby napisać stwierdzenie kończące pierwszy akapit. Jedno ale, małe, tycie… i być może bezpodstawne: gdzie cholera „burn the witch”? (jeżeli byłem zbyt pijany i zwyczajnie mój mózg w czasie tych trzech minut i trzydziestu sekund się wyłączył to z góry przepraszam)
Również publika dopisała. Może nie pobiliście rekordu frekwencji, ale absolutnie nie ma czego się wstydzić. Ludzi było sporo i to cholernie mnie ucieszyło, bo wierzę, że przyszli specjalnie posłuchać utworów właśnie tego konkretnego zespołu. Co automatycznie czyni ich zajebistymi, bo jak wiadomo dobry gust muzyczny jest podstawowym wyznacznikiem poziomu fajności człowieka.
I nawet jeżeli ktoś z jakichś niewybaczalnych powodów przegapił jam i dotarł dopiero na borowy after to powinien być zadowolony z zestawu klasyków jakie karmiły małżowiny paprykowiczów. Pamiętam „Gotta get away” (i tutaj ważne stwierdzenie z dyskusji z Borem: nie kumam ludzi, którzy nie jarają się tą płytą), pamiętam Beastie Boys, Prodigy… i tu mój mózg i pamięć postanawiają mi pokazać klasycznego faka w ramach kary za procenty, bo wiem że było bardzo dużo klasyki i hitów, tylko niespecjalnie potrafię je teraz nazwać… za co winię moją prawą dłoń dzielnie dzierżącą pokale i inne szkła przeznaczone do napełniania płynami powodującymi destrukcję.
Z przyczyn pod kryptonimem „fizycznie nie da rady” nie udało mi się dotrzeć na koncert Woody Alien dnia następnego, a słyszałem że był świetny. W ramach rekompensaty na dniach napiszę o reprezentacji Papryki w ilości sztuk: jeden Jasio, która to pojechała do Poznania na koncert z trasy Progression Tour aka A teraz odpadna ci uszy.
Kiedy otrzymałem facebookowe zaproszenie na żywą środę w Sfinksie, przez chwilę nie byłem pewien czy to aby nie jakaś pomyłka. Ale po bliższym zastanowieniu się nad sprawą stało się jasne: Papryka może pęknąć w szwach… bo już przy pierwszym podejściu do FnM ledwo dała radę i trzeba było potem stada krasnoludków żeby klub złożyć w jedną całość po natłoku widzów. Kto był ten pamięta jak na górze nie dało się nawet podrapać po przysłowiowym pośladku… jeżeli się w ogóle dotarło na górę po przebrnięciu przez załadowane do granic możliwości półpiętro. Jam dostał łatkę „deluxe” a ja wraz z Borem kilka dni wcześniej zastanawiałem się czy rozmiary Sfinksa nie przyćmią trochę całego wydarzenia. No cóż, myliliśmy się. Popularna „świnia” może nie była wyładowana do przesady, ale na pewno nie można mówić o tym, że świeciła pustkami gdzie niegdzie tylko udekorowanymi grupkami ludzi.
Kilka szotów przy barze, jakieś piwo i wio na main’a po dawkę dobrej muzyki. Chowam w tym momencie moje zamiłowanie do utworów mniej znanych a w mim odczuciu równie zajebistych co hity. Bo gdybym to ja miał układać play listy jamów to pewnie żywa środa szybko zamieniła się w środę umierającą (nie napiszę, że „martwą” bo ten termin został zarezerwowany do starego paprykowego przysłowia: żywe środy… martwe czwartki). Dziwiłbym się, że jak to ktoś nie zna kawałków z limitowanych edycji singli albo bootlegów i że skoro już nie zna to nie chce poznać i się przy tym bawić. Dostaliśmy klasyczne best of. Nie ma w tym nawet grama zarzutów, bo warstwa muzyczna tego wieczoru była najwyższej paprykowej (mimo, że w sfinksie) marki! Było w zasadzie wszystko czego fan Faith No More może sobie zażyczyć: Epic, Stripsearch (boskie wykonanie!), Ashes to ashes, Last cup of sorrow, Easy, We care a lot (chyba najlepszy numer z całego wieczoru) i wymieniać szlagiery bym mógł jeszcze długo, aż to wypisania klawiatury. Facjaty publiki radosne, wiele osób śpiewających razem z Wierzbą i resztą scenicznej bandy, cud miód i orzeszki. O brzmieniu i nagłośnieniu też można napisać same pochwały. Ciężar legendy Faith No More po raz drugi został godnie uniesiony… a legenda miejsca?
I tu pojawia się pewien zgrzyt. Nie tyle muzyczny co lokalizacyjny. Zacznijmy od tego, że absolutnie nic nie mam przeciwko Sfinksowi. Doceniam bardzo to co zrobił dla polskiej (nie bójmy się tego określenia, wszak to klub znany nie tylko na Pomorzu) sceny muzycznej. Byłem w nim na wielu świetnych imprezach i koncertach. Ale cholera no… może jestem już zbyt zrośnięty z Papryką, może za bardzo wrosłem w „stara gwardię środową”… nie mogłem poczuć, mimo starań (liczne szoty ze Szkudlarem) i chęci, nie czułem się jak na żywej środzie. W żaden sposób. Gadając z Borem przy djce na fontannie dziwnie się czułem nie mogąc odwrócić się do baru (co tu robi ta ściana i czemu z niej nie podają browarów?). Tak stękam i narzekam… jak i stękało i narzekało sporo osób, z którymi tego wieczoru rozmawiałem. Narzekało na to samo co ja. Muzycznie wieczór był piękny a osoby, które nie traktują żywej środy jak cotygodniowego obowiązku (jakże miłego) pewnie nie czuły się nieswojo. Mimo wszystko wolałbym siekierę w powietrzu i ścisk na piętrze Papryki. Ale może zmiany są dobre, raz na jakiś czas.. ale ja: http://youtu.be/ZgIrXKpv2gw
Tak sie wlasnie stalo jak juz Jasio napisal. Nie ma Salvara. Salvar nieobecny. Salvar wyjechany. Ilosc Salvarow w Polsce sie nie zgadza. Trza bylo wyjechac do kraju koronami plynacego. Plus taki, ze jak wroce do artykulow beda dolaczane foty. Jasio blogiem sie zaopiekuje nalezycie. W koncu gdyby nie Jasio, autor tych wypocin dawno lezalby upity Jackiem w piekle. A znalazlby sie tam po zasnieciu na schodach pizzeria Brava. W zimie. Moglby tez skrecic sobie kark podczas jednego z wielu upadkow. Nie tylko moralnych. Jasio w ogole jest nieodloczna strona Krzysia. Uczestniczy zawsze w Krzystofkowych wzlotach i upadkach. No dobra. Czesciej jednak w upadkach. Zawsze sluzy pomocnym ramieniem gdy podloga chce znienacka zaatakowac. Sam oczywiscie tez lubi sie napierdolic, ale pewnie bedzie sie krepowal pisac o swoich idiotyzmach. Od tego jest Krzysio. Gust jego muzyczny na wysokim poziomie sie miesci, w ocenach jest duzo surowszy ode mnie, wiec wszystkie chujowe zespoly maja od teraz duzo bardziej przejebane. Ja postanowilem od czasu do czasu cos skrobnac. O zyciu tutaj, bo goszcze w kraju lukrecja smakujacym juz 5 raz, o imprezach niezawsze klubowych bo mimo, ze zarabiam calkiem ok(zajebiscie, kurwa) to i tak 40 zeta za Jacka w barze przyprawia mnie o trzezwienie. No ale do rzeczy...
Dunskie zlo.
Piatek. Zwykly piatek. Koniec pracy, zeby sie szczerza na nadchodzacy tygodnia koniec i poczatek. Do domu jest planem sie udac, wypic male piwko, spac i zregenerowac sie przed sobota. Ale ze jeden z naszych, nazwijmy go przydomkiem Borowa, rozpieprzyl toster w kuchni, na co szef jako rekompensate wymyslil mu zakupienie browarow i obdzielenie nimi reszty pracownikow, totez pod koniec pracy kazdy otworzyl z radoscia kilka zimnych. I na tym powinno sie skonczyc. Ale juz w drodze na pociag podjeto decyzje, ze pociagiem nie powinno sie jezdzic bez 6paka. Planem bylo udac sie na Christianie celem chuj wie po co. Dla niewtajemniczonych – Christiania jest jedna z najwiekszych atrakcji Kopenhagi gdyz...sa tam sklepy z jaraniem. Jest to takie panstwo w panstwie gdzie mozna robic absolutnie wszystko. Sa tylko 3 zasady – zakaz telefonow, zakaz robienia zdjec, nakaz bawienia sie dobrze. O czym oczywiscie informuja znaki. Po wyjsciu z pociagu zostala podjeta meska decyzja. Chodzenie jest bardzo podobne do podrozy pociagiem wiec trzeba zakupic 6pak. Sklad ekipy od tej chwili obejmowal juz 4 osob. Salvar, Pan Kuks, Szanon(nie wiem jak to sie pisze po dunsku wiec pisze fonetycznie) i Robert, rozrabiaka z Las Vegas. O wyczynach Roberta mozna ksiazke napisac, ale to przy innej okazji. Udalismy sie wiec na Christianii do sklepu z dragami. Ja jak zawsze w opozycji, gdyz nie uznaje miekkich narkotykow, a w fajniejsze zabawki nikt nie chcial wejsc. Zakupili blanty wielkosci cygar. Ja stanowczo sprzeciwialem sie temu zapachowi wiec kazalem sobie pokazac bar. I to byl poczatek zlego. Nie jest dobrym pomyslem udac sie w kierunku baru po ilus tam piwach, majac jakies 2 tys zl w kieszeni z przeswiadczeniem ze wszystko kosztuje tyle co w Polsce. Ja stawiam kolejke! – wykrzyknal Salvar. Rachunek. Salvar stwierdzil, ze nie stawia wiecej kolejek. Po chwili Pan Kuks – chodzcie do srodka, bo Robert tequile zamawia. Po 2 kolejkach tekli Salvar zapomnial o wlasnym zakazie stawiania kolejek. Poszedlem do baru i zaczalem wymyslac szoty, ktore lubie. Najpierw poczulem sie obrazony. Lali do plastikowych naparstkow po 20ml. Veto!!! Polali do 40ml. I pokazali mi rachunek. NOT a good idea. Ale ze ludziom zasmakowaly to zrobilismy jeszcze pare kolejek. Na koniec po pare piwek, bo przeciez trza sie doturlac do metra. I w drodze do metra stalo sie cos co nie bardzo pamietam. Szanon zwariowal. Chcial sie bic, nienawidzic polakow, sciskac sie, plakac, smiac sie, biegac i skakac do rzeki. Cale szczescie ta czesc ominalem bo podobno wsiadlem do metra. Ja nie wiem bo obudzilem sie rano bez pamieci jak powrocilem. Wspollokatorzy powiedzieli tylko rano, ze koncertowo sie spierdolilem z pietrowego lozka jak wrocilem po 5 rano. Po obudzieniu panika. Kurwa boje sie zajrzec do portfela- napisalo mi sie na fejsie. Odpowiedz nie poprawila mi humoru: Nie boj sie, tam nic nie ma. Kac byl tak masakryczny a przeciez w sobote na picie bylem ustawiony. Trzeba sie bylo ratowac. Z jednym otwartym okiem pobieglem do sklepu celem zakupienia 10 piwek. Po 3 zaczalem cos rozumiec, po 5 bylo dobrze, po 7 znowu bylem w blogim stanie niebardzoprostochodzenia. Wieczorem stwierdzilem, ze mozna zjesc cos poza piwem wiec chinska restauracja. Wrocilem lekko przytomny z decyzja, ze starczy, spac. Wtem zapukali do pokoju jegomoscie z pietra wyzej. Ejj to jak z ta impreza? Driny robimy? W zeszlym tygodniu flaszka nasza, teraz Ty miales stawiac. No i jest St. Paddy's Day. O moj boze- przelecialo mi przez glowe. Zakupilem wiec Kapitana Morgana Spice, limonki i cole. Wybralismy sie nad kanal uzbrojeni w osprzet grajacy celem konsumpcji. Siedzenie nad woda z drinem w reku to prawie jakbym nad morzem siedzial. Po paru godzinach mowiac delikatnie przypizdzilo. A ze godzina mloda to do sklepu po pare 6pakow i impreza przeniosla sie na hotelowy korytarz. Rozmow, ktore sie tam odbywal nie przytocze bo raz: byly bardzo dziwne, dwa: nie pamietam(albo moze nie chce). Do bazy zjechalem o 2. Jakos o 2:15 zrobilem glosowanie. Kto jest za piciem piwa? Wszystkie rece w gorze. Znaczy sie tylko moja bo sam bylem. W ktoryms momencie zasnalem. Obudzilem sie z mysla ' ty ochlaptusie ty, znowu bankrutujesz'. Do portfela nie zagladalem. Na czym polega Dunskie Zlo? Portfel nie robi sie szybko pusty i zawsze sie znajdzie sie ktos, kto ma pelny.
Salwarrior
Wpis spóźniony, bo i ja ostatnio wszędzie docieram zbyt późno, niewyspany, trochę półobecny i permanentnie zmęczony. Wszystkim cierpiącym na energetyczne adhd polecam problemy ze spaniem i remonty mieszkań, leczy znakomicie.
Również tego wieczoru do papryki dotarłem spóźniony, co ku mojej „przeogromnej radości” zaowocowało przegapieniem pierwszego seta Tribute to Sonic Youth. Nie mogłem się spóźnić na Tribute to Stare Dobre Małżeństwo… Tribute to Przepite Podrygi Tego Co Zostało Po Lady Pank ani Tribute to Indios Gramy Dla Studentów Na Juwenaliach Bravos… nie mogłem no, musiałem akurat wcielić w życie brak organizacji czasowej w przypadku jamu, na usłyszeniu którego mi cholernie zależało. Nie ma co płakać nad przegapioną solówką. Szczególnie, że z pomocą przyszedł mi Goran lub też Max (me was drunk, me don’t remember) mówiąc, że pierwszy set był taki sam jak na Bora urodzinach. Pomyślałem, że skoro Kronen Zeitung może pisać artykuł o koncercie Georga Michela, który się nie odbył to ja mogę napisać o secie tributu, na którym mnie nie było. Schody zaczęły się w momencie gdy uświadomiłem sobie, że pełnej set listy z urodzin naszego szanownego DJ’a Bartosza Be również przez procenty nie pamiętam w pełni, ale kto by się przejmował takimi detalami.
A brzmiało to naprawdę fenomenalnie. Gitary były dokładnie tak brudne jak w SY utetłane w syfie być powinny, perkusja była doskonała w swoim braku perfekcji. Bas miodnie dobierał się do małżowin usznych i dreszczem niczym po piorunochronie schodził do drewnianej podłogi naszego szanownego klubu. Oprócz absolutnie hitowego „100%” (to akurat pamiętam, że było!) ekipa zagrała też rozbudowane w 30 minutową improwizację „Sugar Kane”. Wszystko poszło w piękne postowe brzmienia, których zazdrościliby najwięksi wymiatacze gatunku… a solówka Borka spowodowała, że potomstwo Page’a i Slasha postanowiło wyrzucić swoją kolekcję Gibsonów.
A później była przerwa... w mojej głowie również bo jakoś tego wieczoru akurat moje supermoce alkołyklilwe postanowiły pokazać mi środkowy palec. Po krótkiej walce z sobą zebrałem się w przysłowiową (a może i tego wieczoru całkiem dosłowną) kupę i zająłem miejsce niedaleko sceny. I nie zawiodłem się, oj nie…
Szczerze? Tak , byłem pijany, tak przegapiłem połowę jamu, tak Sonic Youth nie jest tak publikogenne jak The Doors czy Nirvana… ale był to jeden z najlepszych tributów środowych jakie było mi dane usłyszeć. Złożyły się na to głównie trzy utwory. „Youth Against Facism” (które absolutnie w tej sekundzie odpaliło mi się na playliscie… freaky shit!)… fenomenalne „Justice is might” na koniec. I zjawisko, które urwało mi większość części ciała równocześnie uwydatniając uszy do rozmiarów przy których Glemp i Urban mogą zacząć się chować. Gdyby wszystkie żywe środy miały chociaż jeden utwór zagrany jak „Shadow of a doubt” tego wieczoru to imprezę musielibyśmy przenieść przynajmniej do parutysięcznej hali. Mistrzostwo świata w skali absolutnej. I tu ucinam moje wywody, odpalam ten utwór i staje na kilka minut obok rzeczywistości.
Poprzednią relację zakończyło, mocno ją okraszające narzekanie na moje zdziadzienie. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przekroczeniu paprykowych w środę około godziny 21 zobaczyłem masę ludzi, którzy wedle mojego pierwszego odczucia powinni byli już dawno spać po puszczonych na dobranoc Smerfach czy innych Muminkach. Chwila stania na selekcji uświadomiła mi, że ludzie urodzeni chociażby w roku 90ym maja już po 22 lata. Nie żebym wcześniej tego nie wiedział, będąc matematycznym para olimpijczykiem potrafię jeszcze dokonać takich obliczeń… no ale, jakoś tak, zdziwienie. Niewiasty z mocno pociągniętymi czernią oczami i czerwienią ustami, przechadzały się wesoło po klubie. Panowie, drobni, szczupli. Chłopiec, przemiły, sprawiający wrażenie nastolatka rozbraja mnie mówiąc: Wiem, że ciężko w to uwierzyć ale jestem perkusistą”. Cóż, zobaczymy czy jesteś, myślę. Jedno piwo, drugie… ok, czas na górę, zobaczyć jak grają ludzie młodzi… i jak się bawią ludzie w tymże samym wieku.
I tu pojawia się pierwszy problem, dostanie się na górę naszego szanownego klubu nie było tak proste jak by osoba o moim gabarycie mogła sobie życzyć. Ludzi pełno, część stoi już na schodach niezdolna do podjęcia walki o dopchanie się do baru, o parkiecie nawet nie wspominając. Że w klubowych ściskach jestem zaprawiony staje z boku górnego baru po rozdeptaniu kilku stóp po drodze (przepraszam, ewentualne zdjęcia RTG z dowodami na połamane śródstopia można słać pocztą).
No i gramy… a raczej grają. A raczej… na samym początku przynajmniej starają się grać. White Stripies lubię, chociaż w porównaniu z The Dead Weather to już nie tak bardzo… ale bardzo szybko pojawia się pewna sprawa potwierdzająca moją obawę o ten jam. Pan White i jego ówczesna żona mieli w swoim graniu pewien charakterystyczny brud, niedoskonałość, feeling nie polegający na perfekcyjnym szarpaniu kostką po strunie czy pałeczką po innych urządzeniach. Paprykowi wykonawcy, również nie byli perfekcjonistami… ale jednak ichnia „brudność” nie odzwierciedlała tej Biało-Paskowej. O ile perkusję dało się jeszcze strawić i naprawdę można było bez większej walki z sobą przymknąć na nią oko, o tyle gitara… no właśnie. Pana White’a stawiam na piedestale sztuki szarpidructwa. Jasne, nie demostruje jak Vai czy Satriani jak to po solówce palce powinny być zasupłane i połamane, a wcale nie są. Nie ma w sobie diabelskiej mocy Kerrego Kinga. Nie gra solówek (a przynamniej nic mi o tym niewiadomo) smyczkiem jak Page. Ale jest charakterystyczny, rozpoznawalny i przede wszystkim robi to, co bardzo cenie w muzyce… grając na scenie pokazuje, że ma z tego wielką radochę. Swoją drogą, każdy szanujący się fan gitarowego grania powinien obowiązkowo obejrzeć film „It might get loud”. Powiedzmy sobie szczerze, środowe gitary, do pewnego momentu o czym zaraz, bardzo starały się naśladować to co słyszymy w White Stripies i spięcie młodych wioślarzy trochę kładło kawałki. A te… co mnie zaskoczyło, w zasadzie bez wyjątków, były zaśpiewane dobrze i miło dla małżowin usznych odbiorcy. Obydwa wokale, mówiąc językiem wieku publiki z tegoż wieczoru „dały radę” i tak bardzo jak bym chciał się czegoś przyczepić żeby nakarmić moją marudną naturę, tak bardzo byłoby to naciągane.
Kolejne piwa, przerwa… wizyta na dolnym barze, jakieś szoty… na górze już grają więc idę. Okazuje się, że chyba moja trzeźwość ciut odwala jakieś przewały, bo trafiam na kawałek poprzedzający bisy. Ten, na który czekałem najbardziej, ten który nie jest kawałkiem WS… „Jolene”. I co widzę? Gitarzystę rozluźnionego, perkusistę który chyba zlokalizował kij w swoim tyłku i się go pozbył, wokalistę z uśmiechem na paszczy. Kawałek brzmi naprawdę bardzo fajnie i świetnie wprowadza w grane w bisach drugi raz „Seven nation army”. Które to ze względu na procenty, które udzieliły się i muzykom i publice nareszcie zaczyna brzmieć jak White Stripies. Jasne, wciąż jest spora droga do poziomu oryginału, ale nareszcie zaczyna się brud nie wynikający ze spiny muzyków a z czystego funu z przebywania na scenie. Parkiet skacze, stoję za barem i uśmiecham mordę. Przyszedłem do Papryki nastawiony sceptycznie do młodocianych wykonawców i gości klubu, wyszedłem z pozytywną energią, którą to naładowali mnie ci sami ludzie.
Jasio powiedział, Jasio był na biforze, Jasio nosił Salwara. Na swój skromny sposób, byłem częścią tego bloga już od pewnego czasu. Salwarriora uwadze umknęło to, że bez mojej pomocy spałby na schodach nieistniejącej już pizzo-wytwórni w Sopocie, niedałby rady wstać multum razy w czasie swoich urodzin co prawdopodobnie skończyłoby na staniu się ludzkim mopem, do wytarcia parkietu w czasie 30ych urodzin. Ale, że znamy się od lat, niejedną cysternę wyrobów alkoholowych razem spożyliśmy i zapewne obaj nie pamiętamy wielu spraw z czego sporej części pewnie już nigdy nie odkryjemy, wybaczam mu. Tym bardziej, że Salwar wyjechał… tak proszę Państwa, wio, zium, fru, ciuf ciuf i inne… nie ma i już. Życzę mu samych sukcesów w prostytuowaniu się na ulicach Hamburga... tfuuu... w totalnej dewastacji stolicy kraju, o którym Szekspir pisząc „źle się dzieje w państwie duńskim” miał pewnie prorocze objawienie i tak naprawdę myślał o naszym paprykowym Krzysiu jadącym do tegoż pięknego miejsca w celach zarobkowych. Zresztą obiecywał (Salwar, nie Szekspir), że postara się co jakiś czas skrobnąć coś o swojej zagranicznej działalności, nie wiem, pewnie o współwięźniach.
Jest 8.30, czynności obudzenia się dokonałem chwilę po 7. Nie żebym musiał. Przecież pracuję w wolnym zawodzie, wolnym strzelcu, wolnym zarabianiu pieniędzy również. Ot, od pewnego czasu składam hołd „zdziadzieniu” budząc się absurdalnie wcześnie jak na człowieka, który do świata przytomności umysłowej wcale śpieszyć się nie musi. Jako, że nawet mój pies o takiej porze nie wykazuje chęci do życia, spaceru, czegokolwiek, człowiek snuje się po mieszkaniu. Leżenie jest bezproduktywne, w przeciwieństwie do łażenia na trasie kuchnia – sypialnia, z okresowymi przystankami w łazience i konfrontacji z lustrem, które zirytowane rzuca w moją stronę: no i na ch… nie śpisz debilu? Po półtorej godziny tego rytuału, uznałem, że zmierzę się z Panami z VoA, które to zagrało w zeszłym tygodniu w Papryce. W końcu jako jednostka dziadziejąca powinienem się polubić z dźwiękami klasycznego blues-rocka.
I bądź tu mądry człowieku oglądając występ, który wcale nie jest zły pod wieloma względami, ale i tak wystawił mnie na próbę pod hasłem: ile kawałków z rzędu wytrzymasz? Gitara brzmiała dobrze, bas brzmiał dobrze, perkusja brzmiała dobrze, wokal… nie brzmiał źle. Soczyście, sympatycznie, klasycznie… no i do jasnej cholery nazareńskiej absolutnie nie trzymające się kupy. Doceniam wysiłki perkusisty, naprawdę całkiem dobrego… który w swoim ADHD wyrobił przynajmniej 300% normy. Chłopie, rozumiem, że się starasz, chwała Ci za to, ale jak w połowie coveru „Hey Joe” już dawno zostawiłeś resztę towarzyszących Ci na scenie muzyków w tyle i zdążyłeś zagrać całe „Born to be wild” i właśnie zabierałeś się do solówki na garach z „Moby Dick’a” to chyba te starania idą w stronę niewłaściwą. Wszystko to było w jakiś sposób kulejące, co dziwi, bo widać, że muzycy nie byli stadkiem wesoło podskakujących gimnazjalistów (pozdrowienia dla Tribute to Britpop). Ale… sądzac po parkiecie, ludziom się podobało, to dobrze, chociaż im. Poza tym ja jestem zdziadziały, więc pewnie się nie znam.